Dotarliśmy do celu naszej podróży, w Adelajdzie zostaliśmy ugoszczeni przez poznanego w czasie pierwszej części ekspedycji Piotra i jego rodzinę.Chwili spędzonych z nimi w Adelajdzie nie zapomnimy nigdy, prawdziwa polska gościnność jednak istnieje. Udało nam się odprawić i nadać kontener z samochodem do Polski. Dziękujemy wszystkim naszym fanom za śledzenie naszych poczynań. Niedługo zamieścimy obszerne galerie fotograficzne na naszej stronie www.australia2010.pl Pozdrawiamy ze słonecznej i ciepłej Australii Michał i Jacek
Poranek w Wye River zaskoczył Jacka przepięknym słońcem, który niezwłocznie popędził ile sił w nogach objuczony wszelkim możliwym sprzętem fotograficznym na klimatyczną plażę otoczoną majestatycznymi skałami. Ja niespiesznie spakowałem obozowisko i czas oczekiwania na Jacka umilałem sobie karmieniem przesympatycznych prawie oswojonych kempingowych papug. Przed samym wyjazdem spotkała nas super niespodzianka, Jacek wypatrzył na eukaliptusowym drzewie „misia” Koalę. Popędziłem z kamerą ile sił w nogach aby nie przegapić takiego momentu. Ku naszej wielkiej radości okazało się że w koronach dwóch eukaliptusów spokojnie odpoczywają sobie aż trzy Koale. Na jednym drzewie śmiesznie wpasowany między rozchodzącymi się gałęziami siedział duży dorosły samiec, a na drugim samica z małym który uczepiony był jej grzbietu. Były to pierwsze Kolae żyjące na wolności które mieliśmy okazje zobaczyć. Trzeba przyznać że zwierzaki te są słodkie do bólu, można stać w nieskończoność obserwując ich śmieszne i niesamowicie powolne ruchy. Po tej uczcie dla oka i ducha ruszyliśmy dalej kontynuując naszą podróż słynną drogą wschodniego wybrzeża czyli Great Ocean Road. Budowa Great Ocean Road została zakończona w 1932 roku. Było to niemalże ręczne dzieło weteranów pierwszej wojny światowej – po powrocie do Australii, aby uniknąć widma masowego bezrobocia, rząd postanowił zatrudnić ich przy budowie tej właśnie drogi. Prowadzi ona w większości po pięknym nadmorskim klifie. Droga ta swój początek bierze w położonym 74 kilometry na południe od Melbourne mieście Geelong, a kończy się w miejscowości Nelson, która jest najbardziej wysuniętą miejscowością stanu Victoria oddaloną od Melbourne aż o 530 kilometrów.
Pierwszym celem dzisiejszego dnia było dojechanie do Great Otway National Park. W parku tym jak się przekonaliśmy na własnej skórze żyje mnóstwo Koali, podróżując Otway Lighthouse Road trzeba tylko uważnie spoglądać w korony drzew. Nam się udało wypatrzeć ponad dziesięć przesympatycznych drzewnych stworzeń „napędzanych eukaliptusowymi liśćmi”. Jednak najbardziej wyczekiwany moment dnia miał przyjść później. Po południu dotarliśmy do Parku Narodowego Port Campbell w którym znajduje się słynnych 12 Apostołów. To naturalnie powstałe ponad 10 milionów lat temu formy skalno-organiczne. Iglice skalne wystające z wody na wysokość kilkudziesięciu metrów można podziwiać z brzegu. Tak na prawdę Apostołów nie jest wcale 12, w tej chwili po tym jak kolejny „uległ erozji” zostało ich tylko 9. Nadal jednak robią one niesamowite wrażenie i są jedną z najczęściej fotografowanych atrakcji w Australii. Niestety w połowie sesji zdjęciowej słoneczko szybciutko zaszło za czarne chmury z których runęła ściana deszczu. Mieliśmy niezły ubaw obserwując spanikowanych japońskich turystów próbujących pobić rekord świata w biegu w klapkach do czekającego na nich na parkingu autokaru. O zachodzie słońca znaleźliśmy się przy skale nazwanej London Bridge, kiedyś miała dwa „przęsła”. Jednak po południu 15 stycznia 1990 roku nagle część skały zawaliła się do morza. Szczęśliwym trafem nie było akurat nikogo na tej części, jednak dwójka turystów została odcięta od świata na ocalałym fragmencie skały. Musieli czekać parę godzin aż służby ratunkowe ewakuowali ich przy pomocy helikoptera.
Rano po pożegnaniu przesympatycznych kempingowych znajomych z Holandii opuściliśmy Wilsons Promontory i ruszyliśmy w kierunku Melbourne. Dzisiejszy dzień był w planach dniem transportowym. Podróż w kierunku południowym zaplanowaliśmy przez Melbourne, wiedząc że miasto to ma idącą przez sam jego środek autostradę. Podróż rzeczywiście poszła by gładko gdyby nie gigantyczna ulewa która złapała nas na samym wjeździe do miasta. Wycieraczki nawet na swoim najwyższym biegu nie były w stanie poradzić sobie z taką ilością wody na szybie. Widoczność spadła do kilkunastu metrów a samochody te które jechały nie przekraczały prędkości 40 km/h. Tak zwany awaryjny pas autostrady zapełnił się samochodami ludzi którzy bali się w taką pogodę jechać. Na szczęście pięćdziesiąt kilometrów za miastem rozchmurzyło się i nawet przez chwilę z nieba zaczęły przebłyskiwać żółto pomarańczowe promienie zachodzącego słońca. Po wjechaniu na Great Ocean Drive okazało się że przy tej drodze nie ma busz kempingów, a tylko i wyłącznie są super zorganizowane miasteczka kempingowe. Mają one jednak wadę, recepcje zamykają o 18:30 i po tej godzinie dla nowych przyjezdnych kemping jest po prostu nieczynny. Dopiero około dziesiątej wieczorem udało nam się znaleźć kemping który nie miał opuszczonego szlabanu i mogliśmy spokojnie wjechać i rozbić nasz namiot. Okazało się że miejscówka na której stanęliśmy sąsiaduje z back packer’skim amperem przesympatycznej zakręconej Niemki która podróżuje po Australii szukając miejsca w którym mogła by się osiedlić po wyprowadzce z Niemiec. Ciekawym punktem nocnych rozmów kempingowych był pokaz tańca z płonącymi pochodniami w jej wykonaniu. Trzeba przyznać że z Jackiem byliśmy pełni podziwu jak można tak wymachiwać pochodniami umocowanymi na pięćdziesięciu centymetrowych sznurkach aby się nie zaplątały i co najważniejsze nie poparzyły dotkliwie swojego właściciela.
Obóz w Mitchell River National Park był tak miły że aż nie chciało nam się z niego ruszać. Cudownie jest być na prawdziwym dzikim kempingu położonym nad olbrzymim kanionem z którego dochodzą odgłosy silnego i wzburzonego nurtu rzeki. Jedyną mobilizacją do opuszczenia tego miejsca był nasz dzisiejszy cel czyli Wilsons Promontory National Park leżący na półwyspie o tej samej nazwie który jest najbardziej wysuniętą na południowy wschód częścią Australii. Pierwszym Europejczykiem, który dotarł na Wilsons Promontory był George Bass w styczniu 1798. Początkowo nazwał to miejsce w swoim dzienniku Ziemią Furneaux myślac, że jest to miejsce wcześniej odwiedzone przez kapitana Furneaux. Jednak po powrocie do Port Jackson i konsultacji z Matthew Flindersem przekonał się, że jest to inne miejsce. Bass i Flinders zaproponowali nazwę Wilson’s Promontory na cześć przyjaciela Flindersa z Londynu Thomasa Wilsona.
Półwysep jest parkiem narodowym od 1898 roku i jest największym dzikim obszarem wybrzeża w stanie Wiktoria. Jedyną ludzką osadą na terenie parku jest Tidal River, położone około 30 km na południe od granicy parku i będące centrum turystycznym. W 2005 roku przypadkowo podczas planowego wypalania lasu pożar wymknął się spod kontroli i doszło do spalenia ok. 70 km2 parku, doprowadzając do konieczności ewakuacji biwakujących.
Po paru godzinach spędzonych na dojeździe do półwyspu w końcu dotarliśmy na miejsce. Na samym wjeździe do parku natrafiliśmy na wesołą gromadkę australijskiej fauny, pomiędzy papugami skakały sobie kangury a w pobliskiej trawie buszowały emu. Niesamowite było to że kiedy już tam się znaleźliśmy wyszło za grubych chmur przepiękne słońce. Dzięki temu niesamowita sesja zdjęciowa przyrody przy zachodzie słońca na plaży o wdzięcznej nazwie Whysky Bay zaowocowała niesamowitymi fotami tego magicznego miejsca. Już po zmroku dojechaliśmy do publicznego i bardzo przyzwoitego kempingu w Tidal River. Tego wieczoru mieliśmy okazję poznać holenderską parę spędzającą roczne wakacje w Australii.
Rano powykręcani niczym chiński alfabet już o 7:30 rano ruszyliśmy w żółwim tempie to pobliskiego miasteczka Orbost licząc na cud. Na mapie GPS mieliśmy zaznaczone dwa warsztaty, jadąc do pierwszego z nich udało nam się wypatrzeć w bocznej uliczce Range Rovera bez tablic rejestracyjnych co stanowiło dobry znak szczególnie że stał obok rozbieranego właśnie Nissana Patrola. Na ten widok wydobył się ze mnie okrzyk DAWCA !!! Tym sposobem zostaliśmy nagłymi gośćmi przemiłego Buszmena który prowadził coś w stylu szrotu samochodowego w skali mini. Na nasze wielkie szczęście okazało się że jest w domu, a wręcz został przez nas obudzony. Początek rozmowy nie napawał nas optymizmem ponieważ stwierdził że Range jest sprzedany. Na nasze szczęście busz mechanik okazał się niesamowicie przyjaznym człowiekiem i stwierdził że trzeba pomóc takim wariatom jak my. Po schłodzeniu wodą rozgrzanej prawie do czerwoności piasty rzuciliśmy się do pracy. My po wczorajszym diagnozę już znaliśmy, liczyliśmy tylko że prowizorycznie włożone wczoraj nowe łożysko wytrzymało te 85 kilometrów zakrętów i da się je obsadzić w nowej bieżni. Jednak po rozebraniu udało nam się naszego nowego Australiskiego przyjaciela przekonać że dużo szybciej i lepiej będzie jak po prostu weźmiemy całą piastę z jego samochodu. Wszystko wyglądało super do momentu przymiarki zapasowego przegubu który był w naszych częściach zapasowych. Okazał się za krótki. Decyzja była wiec prosta…. Jedziemy dalej autem tylnio napędowym. Przednia półoś z ukręconym przegubem i zdemontowany wał napędowy powędrowały do bagażnika. My lżejsi o 500 dolarów australijskich ruszyliśmy dalej w trasę. Trzeba przyznać że Pan spisał się na medal i gdyby nie jego pomoc i jego dawca części bylibyśmy nie najciekawszym położeniu. Chociaż pogoda nam nie sprzyja mamy chociaż farta w ratowaniu się z opresji. Dalsza trasa tego dnia przebiegała nam bez najmniejszych zakłóceń. Wieczorem rozbiliśmy obozowisko nad rzeką Mitchell w Parku narodowym nazwanym na jej cześć. Miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie, widok na głęboki kanion którym płynie narowista rzeka idealnie nadająca się do raftingu był naprawdę super. Aby uczcić wyratowanie się z obsesji podczas drogi do planowanego obozu w miejscowości Bairnsdale odwiedziliśmy supermarket, dzięki czemu wieczorem nasze podniebienia rozkoszowały się niesamowitym aromatem steków z kangura w czosnkowo ziołowej marynacie okraszonych blondynką… czyli Pure Blonde które według nas jest najlepszym piwem produkowanym w stanie Victoria. Dodatkową atrakcją tego wieczoru były różne zwierzaki zaciekawione nami, a jeszcze bardziej naszym jedzeniem które w okalających nas ciemnościach buszowały po okalającym nas buszu.
Poranek przywitał nas jeszcze większą wichurą, szybko pozwijaliśmy śpiwory i materac oraz w ekspresowym tempie spakowaliśmy namiot i czym prędzej uciekliśmy w głąb lądu licząc na polepszenie pogody. Popołudniem dotarliśmy do miejscowości Orbost. Po uzupełnieniu paliwa i uzyskaniu informacji na temat ciekawych tras ruszyliśmy do Snowy River National Park. Droga była niesamowicie kręta, dość powiedzieć że przy znaku drogowym informującym o zakrętach była dopięta tabliczka że obowiązuje przez 70 kilometrów. Udało nam się dzięki wypatrzeniu na mapie ciekawego szlaku skrócić jej odległość o 2 kilometry i wydłużyć czas przejazdu o godzinę J. W miejscowości Bonang usłyszeliśmy dziwny odgłos o bliżej nieustalonej lokalizacji. Ten dźwięk nie rokował dobrych nadziei więc padł pomysł aby zawrócić do miasteczka z którego wyruszyliśmy. Już po paruset metrach wyjaśniło się co to za dźwięk. Dym z okolic przedniego koła zlokalizował problem. Natychmiastowa akcja gaśnicza dymiącej i rozgrzanej niesamowicie piasty koła przy pomocy zapasów naszej wody mineralnej powiodła się . Nie pozostało nam nic innego jak rozebrać piastę stojąc na górskiej drodze. Robota była fatalna, zapieczone od temperatury śruby i przeszywająco zimny deszcz wlewający się pod ubranie. Kiedy już udało się mi rozebrać piastę widok który tam zastałem przyprawił mnie o ciarki. Łożysko zewnętrze spokojnie wyleciało sobie w kawałkach, a nakrętka od łożyska i blokada która powinna je trzymać luźno leżały sobie w zabieraku półosi. Jedynym ratunkiem możliwym do wykonania było włożenie wewnętrznej części z zapasowego łożyska i zjechanie powolutku 85 kilometrów do miasteczka Orbost. Droga dłużyła nam się niesamowicie, staczaliśmy się z zawrotną prędkością 15-20 km/h. Po prawie pięciu godzinach w środku nocy zbliżyliśmy się do granic miasta. Umęczeni i przemarznięci marzyliśmy tylko aby jak najszybciej zasnąć, nie było nam w głowie żadne obozowisko a jedynie nocleg na rozłożonych fotelach w akompaniamęcie terkoczącego silnika dającego przyjemne ciepło.
Rano ruszyliśmy z misją zrobienia off-road’owego szlaku z Mallacooty do Cann River. Wcześniej jednak wpadliśmy do przystani w Mallacocie. Ku naszej wielkiej radości stado pelikanów idealnie pozowało mi do kamery i Jackowi do aparatu fotograficznego. Sam szlak okazał się dość ciekawy, na tyle że nawet musieliśmy wyjeżdżać z rzeki przy pomocy naszej niezawodnej wyciągarki WARN. Na początku prowadził szutrową drogą obok dawnego lotniska wojskowego z czasów II Wojny Światowej. Ozdobą tego miejsca jest pięknie odrestaurowany bunkier dowodzenia RAAF (Royal Australian Air Force). Dalej nie było już tak niewinnie, szlak zmienił nazwę na Betka Track który doprowadził nas do prawdziwego raju off-road’erów, czyli Cicada Trial. Ta ścieżka była przejezdna tylko i wyłącznie dla prawdziwych aut terenowych i dała nam mnóstwo frajdy. Niestety wszystko co fajne kończy się szybciej niż byśmy chcieli, więc i szlak również się skończył łącząc się z Tamboon Track. Po południu postanowiliśmy dotrzeć do Cape Conran, niestety nie było tam żadnego fajnego miejsca na nocleg. Nasz wybór padł na przedarcie się szlakiem wzdłuż oceanu do Pearl Point, gdzie liczyliśmy na urokliwy kemping. Rzeczywiście miejsce było super i z niesamowitą plażą, cóż z tego kiedy tam dotarliśmy zaczęła się wichura i lunęła z czarnego nieba ściana zimnego deszczu. Nasze plany zrobienia sobie ogniska legły w gruzach a misternie zbierane i ładowane na dach naszego samochodu drewno zostało w podarunku dla następnych odwiedzających to cudowne miejsce.
Dzień mijał nam na spokojnym poznawaniu okolic Nowry, robieniu fotek i ogólnym szwendaniu się. Zwiedziliśmy Bastion Point a na wieczór rozbiliśmy obóz u ujścia rzeki wpadającej do oceanu. Ciekawostką tego obozowiska był brodaty stary Kanadyjczyk który równie starym Gimbusem przerobionym na wóz kempingowy od 19 lat włóczy się po Australii oraz para przesympatycznych Australijczyków którzy swoją Toyotą Bush Taxi podróżowali dokoła świata, odwiedzając między innymi Polskę… w której niestety im obrobili samochód.
Nieśpiesznie rano ruszyliśmy w kierunku wybrzeża, pierwszą niespodzianką która nas spotkała było jezioro… właściwie brak jeziora. Jadąc w kierunku miejscowości Cooma zobaczyliśmy drogowskaz do kempingu nad jeziorem Eucumbene. Jacek stwierdził że warto tam zjechać i pstryknąć parę fotek jeziora. Niestety po zjeździe zastaliśmy tylko tabliczkę w miejscu gdzie GPS pokazywał wodę z wymienionymi rodzajami ryb które można tutaj złowić… natomiast po wodzie nie było ani śladu. Tak to już w Australii jest że większa część jezior jest okresowa i tylko jak padają obfite deszcze można w tych miejscach spotkać wodę.
Dalsza droga prowadziła przez kręte serpentyny którymi zjechaliśmy prawie 800 metrów niżej. Smród palonych klocków hamulcowych informował nas o stromych zjazdach. Na szczęście hamulce wytrzymały i bezpiecznie zjechaliśmy do miasteczka Cooma. Miesteczko to posiada 8000 mieszkańców i szrot samochodowy Flynn’s Wrecking Yard na którym stoi ponad 4000 wraków. Najstarsze z nich są z roku 1928. Nie mogliśmy nie zatrzymać się i nie zrobić dokumentacji tego zadziwiającego miejsca. Największe wrażenie zrobiła na nas stara ciężarówka straży pożarnej z drewnianą kabiną i napisem na silniku 1942, fenomen tego wraku polegał na olbrzymim eukaliptusie który wyrósł w środku ramy pojazdu. Setki wraków z lat pięćdziesiątych tworzyły specyficzny memoriał technice motoryzacji XX wieku.
Po takiej uczcie dla oka postanowiliśmy zrobić sobie ucztę dla ciała. W supermarkecie w miejscowości Bega zakupiliśmy dwa wielkie steki z przeznaczeniem na buszowy ogniskowy grill.
O zachodzie słońca udało nam się znaleźć fajny kemping położony 50 metrów od plaży. Chcieliśmy zaliczyć wieczorną morską kąpiel we wzburzonych falach. Niestety w okalającym ten rejon Morzu Tasmańskim temperatura wody sprzyja nie człowiekowi a często pojawiającym się tu wielorybom które gustują w zimnej wodzie.
Wieczorem przepyszne steki z ogniskowego grilla smakowały wybornie.






































































































































































































